wtorek, 1 marca 2016

02.02.2016

Pięć lat temu jechałam z Bratem samochodem leśną drogą niedaleko miejscowości, w której mieszkam. Wśród tych ciemności wydawało mi się, że nic nie może mnie spotkać. W pewnym momencie, bo oczywiście jadąc słuchaliśmy muzyki, radio przygłoszone na fulla aż zatrzęsło samochodem w piosence nieznanego mi zespołu, który zdecydowanie nie żałował sobie bębna. Jej, moja pierwsza myśl, zaraz po tym jak otrząsnęłam się z szoku, który wywołała u mnie ta piosenka - kurcze! muszę dowiedzieć się co to. Odpaliłam magiczną aplikację i ... tak! znalazłam!

the sun hasn't died, deep in my bones, straight from inside

Jakiś czas później natrafiłam na drugi utwór, jak zwykle błądziłam na jutubie i matko, po raz pierwszy poryczałam się z powodu teledysku... jest tam taki fragment, kiedy młoda dziewczyna siedzi w kościele trzymając zdjęcie swoich bliskich, którzy odeszli, w tle stoi trumna, nagle zbliżenie pada na twarz dziewczyny - widać spływające łzy. Ten urywek tak wbił mi się w pamięć, że od razu ściągnęłam ten utwór. Jest mega elektryzujący, chociaż zaczyna się bardzo spokojnie to refren daje taką siłę, że naprawdę, nie ważne jak bardzo jest źle, zawsze trzeba ruszyć tyłek, powiedzieć sobie, że może być gorzej i pchać to wszystko dalej, bo najgorzej jest się zatrzymać, a wtedy byłam właśnie na takim etapie. Muzyka... no cóż, zawsze była ze mną, Mama do tej pory powtarza mi, że zachciało mi się przyjść na świat w niewłaściwej godzinie, bo akurat wtedy bardzo pięknie grało radio. Mam teraz za swoje, bo tylko muzyka (i mój pies) może mnie uspokoić. Zaczęło się tak niewinnie, potem przez 8 lat była orkiestra i klarnet, teraz od 4 lat jest gitara. No i najważniejsze - słuchawki i to, co tam gra. Wracając do tej piosenki - to jeden z niewielu utworów, które potrafią przywrócić mnie do rzeczywistości. Jeśli można wybrać jakiegoś hiciora, którego zadedykuje się swojej rodzinie to dla mnie jest to właśnie ta. Wywołuje tyle uczuć, że aż ciężko je pomieścić, chce się na raz płakać, śmiać, ughhhhhhhhhhhh, nie potrafię tego opisać, po prostu to jest o mnie, bo moja sytuacja wtedy nie wyglądała dość ciekawie. DZIĘKUJE WAM ZA NIĄ.

when your dreams all fail and the ones we hail,
are the worst of all and the blood's run stale
I wanna hide the truth, I wanna shelter you
but with the beast inside there's nowhere we can hide
no matter what we breed we still are made of greed
this is my kingdom come


 look into my eyes it's where my demons hide, don't get too close

Odkryłam ich, byli ze mną zawsze wtedy, kiedy ich potrzebowałam, chociaż oni sami nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Kiedy coś znaczy dla kogoś tak dużo chciałby jakoś temu komuś/czemuś podziękować za to, że po prostu jest.
 [o shit. właśnie leci ta piosenka. :< przerwa techniczna] 
Nadszedł i dla mnie taki moment. Nie sądziłam, że kwiecień okaże się dla mnie tak dobrym miesiącem :) Kiedy siedziałam zawalona książkami i namiętnie wsłuchiwałam się w wykłady matematyczne kolesia z Matemaxa, bo oczywiście wizja matury była równie przerażająca, co późniejsze oczekiwanie na wyniki, znowu zaczęłam błądzić. To był czas, kiedy można było spodziewać się trasy koncertowej, bo trzy miesiące wcześniej wydali nową płytę. Wszystko było ciekawsze niż nauka więc "chwilę" przerwy postanowiłam produktywnie wykorzystać siedząc na fejsie. Stało się. Zobaczyłam zdjęcie z rozpiską koncertów. Zaczęłam się powoli załamywać, bo nigdzie nie widziałam Polski. Do czasu... aż nie zeszłam niżej. BYŁA! BYŁA PRZEDOSTATNIĄ POZYCJĄ, ALE DLA MNIE BYŁA PIERWSZA!! 

to nic, że koncert miał być w zimę
to nic, że koncert miał być dopiero za rok
to nic, że nie miałam pojęcia, skąd wezmę pieniądze na zakup biletu (chociaż już wtedy postanowiłam sobie, ze wykopię je choćby spod ziemi!)
to nic, że koncert miał być w Łodzi, czyli dobre prawie pół Polski ode mnie

Najważniejsze było dla mnie to, że w końcu nadarzyła się okazja, żeby ich zobaczyć. Z nadmiaru wrażeń po prostu się po płakałam - czy to nie paradoksalne, że coś, co zrobiło dla mnie tyle dobrego zawsze doprowadza mnie do płaczu? kurczę. to chyba tak jest, że jeśli coś znaczy dla kogoś całkiem sporo, a w moim przypadku prawie wszystko, to jest czyjąś słabością i byle co może naruszyć długo budowane fasady muru obronnego. Zanosiłam się płaczem i biegłam do Mamy, biedna, bardzo się wystraszyła, bo nie zdarza mi się to często. Ledwo miałam siłę, żeby wyszlochać jej to, czego właśnie się dowiedziałam... Oczywiście, jak to moja Mama - puknęła się w głowę i stwierdziła, że jestem chora na mózg :)


02.02.2016

W końcu, po wielu miłych i nie miłych perypetiach, nadszedł ten dzień. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, w sumie nawet trochę się bałam... Jechałam tam z całkiem obcymi osobami, ale w końcu najlepszych ludzi poznaje się na koncertach, tak było i tym razem :) Droga minęła szybko, dotarliśmy do Łodzi, która przywitała nas niezbyt uprzejmie, bo deszczem i czerwonymi światłami, które świecą się w nieskończoność. Kolejki do wejścia były przeogromne, w sumie nie ma się co dziwić - w końcu koncert. Przypięli nam różowiutkie opaski i zaczęli wpuszczać, razem z jedną dziewczyną zrobiłyśmy coś mega chamskiego, bo wrąbałyśmy się z końca na sam początek kolejki... wiem, jak ja zareagowałabym na takie zachowanie więc dziwię się, że nie wywalili nas na koniec końców końców, żebyśmy tam skisły. Wtedy nie liczyło się już w sumie nic, najważniejsze było to, aby być jak najbliżej sceny! I tak było :) Stałyśmy prawie przy samych barierkach. Przed nimi występował LemON, dobry polski zespół, chociaż nie nabrał jeszcze obycia ze sceną i publicznością. Dobrze dopasowali repertuar, bo zaczęli spokojnie, a skończyli mocnymi brzmieniami, co dobrze zapowiadało ICH.

we all are living in a dream, but life ain’t what it seems
oh everything’s a mess and all these sorrows I have seen
they lead me to believe that everything’s a mess


Im bliżej ich wyjścia na scenę, tym bardziej się bałam, że nie będą tak dobrzy jak mi się wydaje, że się rozczaruję, że to wszystko na nic. W końcu wyszli ...... i okazało się, że w rzeczywistości są milion razy lepsi niż na jakichkolwiek nagraniach, teledyskach, wywiadach, wszystkim. Są niesamowici, energia, która się dzielą ogarnęła całą Atlas Arenę. Ja zapomniałam jak się nazywam, zapomniałam, ile trudu musiałam włożyć w to, żeby w ogóle móc się tu znaleźć, ile czekania , ile nabożnych próśb o koncert złożyłam, zanim go ogłosili. Zapomniałam jak bardzo jestem w dupie w domu, jak wszystko się wali, jak ciężko będzie po wszystkim wrócić do miejsca, które powinno być domem, a kojarzy się tylko z bólem i ciężką pracą. Zapomniałam o wszystkim, co złe. Bo byli tylko oni, była muzyka. A jak jest muzyka to jest wszystko. Chłonęłam każde słowo, jakbym słyszała je po raz pierwszy, każdy akord, jakbym nigdy go nie czuła...Liczyło się tylko to, że byli, że zespół, który wyciągnął mnie z dna w końcu jest tylko dwa metry ode mnie.

but I wanna dream, I wanna dream, leave me to dream

To był jeden z najlepszych dni w moim życiu, a jest ich naprawdę niewiele, dzień, który na pewno zapamiętam do końca życia, bo właśnie wtedy zrozumiałam, że naprawdę, nieważne jak jest źle - dla takich chwil można żyć i warto na nie czekać, bo dają coś więcej niż tylko wspomnienia.

now don't you understand that I'm never changing who I am


Imagine Dragons - dziekuję Wam za wszystko!



 

2 komentarze:

  1. To jest wspaniałe jak przeżyłaś tę historię z jakim zaangażowaniem i poświęceniem musiałaś się zmierzyć,cieszę się że ci się udało. Czytałem bardzo uważnie i mi też się udało, dzięki tej historyjce skromnej dziewczyny przeniosłem się do lat które przeminęły i dawały radość z innych bzdurnych i dxiwnych momentów.Jeśli ta mała ,, wielka" rozrywka dała ci wiele radości wiem i jestem przekonany że tych radosnych momentów będzie więcej bo to muzyka jest twoją pasją i miłość.
    Wspaniałe,pięknie opisane przeżycie!!!

    OdpowiedzUsuń