Czasem zdarza się tak, że niewiadomo skąd spada na nas mnóstwo szczęścia, wręcz nie wyobrażalne ilości szczęścia. Mijają dni, miesiące, lata, podczas których nie działo się nic, a jeśli już to były to same nieszczęścia i problemy. I nagle wszystko wywraca się do góry nogami. Rzeczywistość nabiera jaśniejszych kolorów, zauważamy niezwykłość wszystkiego, co nas otacza, doceniamy ją, a wszędzie wokół siebie rozsiewamy energię, która już nie może się w nas pomieścić. Dzielimy się nią w każdym geście, spojrzeniu, w słuchaniu i mówieniu. Nasze ciało wylewa ją z siebie każdym centymetrem skóry, każdym porem, każdym włoskiem... Wszystko pięknieje, a my sami? My czujemy się tak, jakbyśmy na niebie mieli swój własny gwiazdozbiór, taki, do którego możemy uciec. To bardzo dużo. Bywają w tym szczęściu i burze. Burze tak gwałtowne, ze nie sposób nad nimi zapanować, gorsze niż sztormy czy huragany. Takie, w których pioruny strzelają jeden po drugim, raz za razem, każdy z większą mocą niż poprzedni. Ale po każdej burzy wychodzi tęcza, dlatego właśnie warto starać się przetrwać taką ulewę. Czy niebo żałuje, że sprawia szczęściu ból? Na pewno. Gdyby tak nie było nie przepraszałoby, nie starałoby się naprawić wyrządzonej krzywdy. Warto pielęgnować to szczęście, chociaż czasem nie mamy już na to sił. Pod żadnym pozorem nie wolno się poddawać, nie wolno! Nawet, jeśli opuszkami czujemy już dno, nawet, jeśli na tym dnie już klęczymy czy, w najgorszym wypadku, leżymy, bo ciężar wszystkiego nas przygniata - zawsze musimy się odbijać! Trzeba dla niego walczyć, dla niego i o nie, bo to najlepsze co nas w życiu spotyka. Dzięki niemu oddychamy, śpimy spokojnie, czujemy się bezpiecznie. Ciężko wyrazić to słowami, ale chodzi o to, że w życiu każdego człowieka nadchodzi taki moment, w którym całe zło, które nas spotkało chowa się do specjalnej szufladki z napisem "otwierać tylko, by przywrócić rozsądek". Jeśli ta szufladka będzie gdzieś w podświadomości dobrze uporządkowana nasze szczęście będzie razem z nami bezpieczne i nie będzie chciało odejść.
Moje szczęście to świat/ludzie i nigdzie się nie wybiera.
PS. Dajcie szansę swojemu szczęściu, czymkolwiek ono dla Was jest: drugą osobą, psem, spokojnym snem, jedzeniem, trawą, muzyką. Dajcie mu rozkwitnąć w sobie, a gwarantuję, że będzie co zbierać!
poniedziałek, 28 marca 2016
niedziela, 27 marca 2016
niedźwiedź w sercu
Czy możliwe jest, że ktoś, kogo kochamy przynosi nam nieszczęście? Możliwe jest, że on sam boi sie pokochać kogokolwiek w obawie przed utratą tej osoby? Nigdy nie spotkałam takiego człowieka, wiem, że na pewno byłby bardzo wyjątkowy. Smutne jest to, że taki ktoś musi żyć w ciągłym strachu, boi się o swoich bliskich, bo przez swoją nieokiełznaną dzikość w sercu łamie wszystkie obowiązujące reguły, jest przy tym sprawiedliwy, a dla rodziny poświęci wszystko. Jego więź z naturą jest niesamowita. Rozumie, o czym wieje wiatr, o czym płynie rzeka, o czym pali ogień. Rozumie, co myślą zwierzęta. Jest szalony, ucieka, kiedy czuje, że coś może zajść za daleko, ucieka, by być może, nigdy nie wrócić. Jest jednak coś, co może skłonić go do powrotu - musi czuć, że ktoś w niego wierzy, że mimo wszystko ktoś na niego czeka. Nie boi się niczego, nie dba o konsekwencje. Kiedy w końcu odważy się kogoś pokochać będzie to najszczęśliwsza osoba na świecie, bo wtedy odda jej całego siebie. Trzeba jednak uważać, żeby nie skrzywdzić nikogo z jego otoczenia
bo wtedy obudzi się niedźwiedź.
bo wtedy obudzi się niedźwiedź.
środa, 23 marca 2016
cicho aż uszy bolą
Jest czwarta nad ranem. Chyba powinnam pójść spać. Tylko kurcze, skończyłam oglądać film i jak zwykle nie mogę poradzić sobie z głową...
Dlaczego baby są takie głupie? Taka Scarlett - nie kochała Rhetta, bo chyba nie można kochać tak bardzo, że aż człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy. Cały czas latała za tym głupim Ashley'em, jakby jeszcze był tego wart. A Rhett kochał ją cały czas, od chwili, w której ją zobaczył. Zdaję sobie sprawę, że to tylko film, ale ile takich przypadków znam osobiście? Myślę, że za dużo. Ughh... Za to Lizzy, tak, to kobieta, która przypomina mi mnie samą. Mam takie samo uprzedzenie. Z jednej strony dobrze, ale z drugiej? Co, jeśli przez to ominie mnie coś wyjątkowego? O ile już nie ominęło.
Dlaczego ludzie nie mogą być po prostu szczęśliwi? Przecież tak niewiele trzeba. Nie warto przejmować się głupotami. Gdy spotyka nas jakiś problem nie ma, co się użalać, trzeba spiąć tyłek i coś z tym zrobić, bo przez narzekanie i umartwianie się wszystko tylko odwleka się w czasie. To w sumie przypomina trochę topienie się - jak ktoś chce wypłynąć na powierzchnię to zepnie się w sobie i pokona wodę, ale jeśli ktoś się podda, no cóż, wtedy najzwyczajniej w świecie leci się na dno...
Czasem warto dać komuś dojść do słowa, można dowiedzieć się czegoś, czego kompletnie się nie spodziewamy. Nawet gdyby było to czymś, co miałoby nas zasmucić, co z tego? Szczerze mówiąc wolę wiedzieć takie rzeczy. Coś może mnie skrzywdzić, coś podnieść na duchu, nieistotne, ważne, że nie muszę się już nad tym zastanawiać, bo znam odpowiedź. Nikt nigdy nie mówił, że w życiu będzie z górki, a jeśli ktoś taki się trafił widocznie zbyt mało w życiu przeżył.
Niedługo będzie piąta... muszę znaleźć sobie takiego Darcy'ego albo Butlera, bo chyba tylko z takimi ludźmi mogę się dogadać. Wolę, żeby zapiekło od razu niż szczypało miesiącami.
Jest bardzo cicho - noc przerywa tylko chrapanie mojego Brata. Podobno też chrapię, to jest przerażające, bo nigdy mi się to nie zdarzało, ale chyba za dużo na siebie wzięłam. Dzisiaj pierwszy raz od dobrych paru miesięcy poczułam się tak jakoś dziwnie lekka. Paradoksalne jest to, że nikt mnie nie przytulił, z nikim nie rozmawiałam, pojeździłam trochę na rolkach ze słuchawkami w uszach i to wystarczyło...
Dobra, wystarczy, bo już sama nie wiem, o czym piszę, chyba zbyt lekko mi się zrobiło :)
Ogólnie to chodziło mi o to, żebyście się kochali, nie za coś, tylko tak zwyczajnie, po prostu, nie za pieniądze czy inny szajs, za to, że możecie w kogoś rzucić butem, wykrzyczeć mnóstwo niepotrzebnych słów tylko po to, żeby później móc za nie przepraszać. Nie wstydźcie się okazywać sobie uczuć, bo nie ma nic piękniejszego (nie mówię tu oczywiście o obleśnym całowaniu się na pokaz), chodzi mi bardziej o głupie trzymanie się za ręce, za poprawianie plecaka czy niesfornego kosmyka włosów, który z tylko sobie znanych powodów uparł się, że właśnie w tym momencie wejdzie Wam do oczu, jak już jesteśmy przy oczach, patrzcie sobie w nie, popychajcie się na ulicy, po to, żeby później zgrywać bohatera, gdy uda Wam się tego popchniętego złapać. I najważniejsze - przytulajcie się, wszyscy.
Wystarczą naprawdę małe gesty, żeby pokazać komuś, że jest dla nas ważny, róbcie je jak najczęściej, a wtedy rzadziej będziecie musieli patrzeć na zamykające się za kimś drzwi.
Dobrej nocy i kolorowych snów!
J.
Dlaczego baby są takie głupie? Taka Scarlett - nie kochała Rhetta, bo chyba nie można kochać tak bardzo, że aż człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy. Cały czas latała za tym głupim Ashley'em, jakby jeszcze był tego wart. A Rhett kochał ją cały czas, od chwili, w której ją zobaczył. Zdaję sobie sprawę, że to tylko film, ale ile takich przypadków znam osobiście? Myślę, że za dużo. Ughh... Za to Lizzy, tak, to kobieta, która przypomina mi mnie samą. Mam takie samo uprzedzenie. Z jednej strony dobrze, ale z drugiej? Co, jeśli przez to ominie mnie coś wyjątkowego? O ile już nie ominęło.
Dlaczego ludzie nie mogą być po prostu szczęśliwi? Przecież tak niewiele trzeba. Nie warto przejmować się głupotami. Gdy spotyka nas jakiś problem nie ma, co się użalać, trzeba spiąć tyłek i coś z tym zrobić, bo przez narzekanie i umartwianie się wszystko tylko odwleka się w czasie. To w sumie przypomina trochę topienie się - jak ktoś chce wypłynąć na powierzchnię to zepnie się w sobie i pokona wodę, ale jeśli ktoś się podda, no cóż, wtedy najzwyczajniej w świecie leci się na dno...
Czasem warto dać komuś dojść do słowa, można dowiedzieć się czegoś, czego kompletnie się nie spodziewamy. Nawet gdyby było to czymś, co miałoby nas zasmucić, co z tego? Szczerze mówiąc wolę wiedzieć takie rzeczy. Coś może mnie skrzywdzić, coś podnieść na duchu, nieistotne, ważne, że nie muszę się już nad tym zastanawiać, bo znam odpowiedź. Nikt nigdy nie mówił, że w życiu będzie z górki, a jeśli ktoś taki się trafił widocznie zbyt mało w życiu przeżył.
Niedługo będzie piąta... muszę znaleźć sobie takiego Darcy'ego albo Butlera, bo chyba tylko z takimi ludźmi mogę się dogadać. Wolę, żeby zapiekło od razu niż szczypało miesiącami.
Jest bardzo cicho - noc przerywa tylko chrapanie mojego Brata. Podobno też chrapię, to jest przerażające, bo nigdy mi się to nie zdarzało, ale chyba za dużo na siebie wzięłam. Dzisiaj pierwszy raz od dobrych paru miesięcy poczułam się tak jakoś dziwnie lekka. Paradoksalne jest to, że nikt mnie nie przytulił, z nikim nie rozmawiałam, pojeździłam trochę na rolkach ze słuchawkami w uszach i to wystarczyło...
Dobra, wystarczy, bo już sama nie wiem, o czym piszę, chyba zbyt lekko mi się zrobiło :)
Ogólnie to chodziło mi o to, żebyście się kochali, nie za coś, tylko tak zwyczajnie, po prostu, nie za pieniądze czy inny szajs, za to, że możecie w kogoś rzucić butem, wykrzyczeć mnóstwo niepotrzebnych słów tylko po to, żeby później móc za nie przepraszać. Nie wstydźcie się okazywać sobie uczuć, bo nie ma nic piękniejszego (nie mówię tu oczywiście o obleśnym całowaniu się na pokaz), chodzi mi bardziej o głupie trzymanie się za ręce, za poprawianie plecaka czy niesfornego kosmyka włosów, który z tylko sobie znanych powodów uparł się, że właśnie w tym momencie wejdzie Wam do oczu, jak już jesteśmy przy oczach, patrzcie sobie w nie, popychajcie się na ulicy, po to, żeby później zgrywać bohatera, gdy uda Wam się tego popchniętego złapać. I najważniejsze - przytulajcie się, wszyscy.
Wystarczą naprawdę małe gesty, żeby pokazać komuś, że jest dla nas ważny, róbcie je jak najczęściej, a wtedy rzadziej będziecie musieli patrzeć na zamykające się za kimś drzwi.
Dobrej nocy i kolorowych snów!
J.
wtorek, 15 marca 2016
wiem kim jestem sam
W dzisiejszych czasach bycie samemu jest postrzegane jako dziwactwo, trudno się dziwić skoro zewsząd bombardują nas coraz to nowsze związki. Jedne prawdziwe, zawierane z miłości faktycznej, drugie pod publikę, żeby nie odstawać od innych znajomych-przecież naprawdę trudno teraz być sobą, zachować jakąkolwiek cząstkę siebie. Ale czy podążanie za tłumem na dłuższą metę wyszło kiedyś komuś na dobre? Naprawdę tak ciężko przyznać się przed kimś, że to i owo nam się nie podoba? Mówię o kimś, bo przed samym sobą jest chyba najciężej. Trochę mnie to smuci, zwłaszcza, gdy widzę, że dotyczy to ludzi z mojego bliskiego otoczenia. Nie jestem żadnym mędrcem ani filozofem, ale wiem, że największy problem leży tam, gdzie staramy się go nie widzieć. Współczesność dotyka wszystkich kwestii, ale tematyka związków jest chyba najbardziej na czasie. Kurcze, dlaczego tak jest? Terroryzuje nas to z każdej strony. Owszem, cieszę się, gdy widzę szczęście moich znajomych, ale obserwowanie obcych ludzi, gorzej, zmuszanie do obserwowania przez nich samych jest drażniące. Nie lubię na to patrzeć. Lubię, gdy idąc ulicą widzę parę w podeszłym wieku, to jak trzymają się za ręce, spogladają sobie w oczy, a najczęściej po prostu siedzą na ławeczce w parku przytuleni do siebie, bo wtedy najzwyczajniej w świecie ze sobą przebywają. Chciałabym móc zapytać chociaż połowę osób w moim wieku czy potrafią ze sobą być, milczeć. Boję się, że w większości przypadków odpowiedź byłaby przecząca. Po co milczeć, skoro można zagłuszyć ciszę? A ja tak bym właśnie chciała. Pomilczeć, pobyć, pomyśleć, poegzystować bez zobowiązań robienia czegokolwiek. Mieć, gdzie się schować, kiedy nadchodzi burza, a nie wychodzić jej naprzeciw, kiedy wiem, że nie dam rady. Uciec w takie miejsca, gdzie ciężko się dostać, nie dlatego, że droga jest ciężka i kręta, ale dlatego, że nikt nie chce nią iść, bo wydaje się beznadziejna. Nic nigdy nie jest i nie będzie beznadziejne. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia. Wracając do tematu - związek na siłę to coś najgorszego, a bycie samemu to nic złego, każdy prędzej czy później znajdzie swoją drugą połówkę, nigdzie nie trzeba się spieszyć, bo jeśli spotka się tą stworzoną dla nas osobę oboje zainteresowanych będzie zdawało sobie z tego sprawę. I myślę, że warto czekać, nawet jeśli czasem jest ciężko, chociażby dlatego, żeby kiedyś móc z kimś w końcu pomilczeć.
Dlatego niech inni się kochają, a ja ze swoim szaleństwem niech będę samotna.
Dlatego niech inni się kochają, a ja ze swoim szaleństwem niech będę samotna.
sobota, 12 marca 2016
boję się zapomnieć.
Zaczyna się niewinnie - od pojedyńczych wspomnień, w jednej chwili są, a w następnej zostaje już tylko pusta przestrzeń. Potem przechodzi to w stopień średnio zaawansowany - ucieka dotyk, a błysk w oczach staje się matowy nawet na zdjęciach. Ginie wszystko, pęd powietrza, gdy wracaliśmy wtedy z ogrodu, promienie słoneczne, które grały nam na twarzach, gdy siedzieliśmy przed domem, głębia słów, spędzony czas i wszystko, czego się od Ciebie nauczyłam, choć, o zgrozo!, to trzy czwarte mojego życia. A w końcu nadchodzi nieuniknione i najgorsze - zapominam brzmienie głosu... To jak przyjemnie było Cię słuchać, gdy się śmiałeś, to jak się bałam, gdy krzyczałeś i to jak w środku rozpadałam się na kawałki za każdym razem, gdy płakałeś, bo i tak się zdarzało, zazwyczaj przeze mnie. Nie pomaga nawet usilne zamykanie oczu i szukanie Cię w zakamarkach wyobraźni. Nie wypływa nic oprócz łez. To cholernie boli, bo zostałeś mi wydarty bez mojej zgody. Nie zostało dla mnie nic co mogłabym zachować, oprócz oczu, zdjęcia, kilku niewyraźnych retrospekcji (nawet ich nie potrafię odtworzyć jak trzeba) i śladu na nadgarstku. Ciężko się z tym pogodzić, zwłaszcza teraz, gdy najbardziej tego potrzebuję. Jest jeszcze TA piosenka.
I wanna hide truth, I wanna shelter you.
Już chyba do końca będzie nasza, chociaż nie, jest jeszcze jedna "Deszcze niespokojne". pamiętasz? Wróciłam kiedyś z próby i chciałam poćwiczyć, zaczęłam grać, wszedłeś do domu i stanąłeś w progu jak wryty. Uwielbiałeś ją, a teraz ja kaleczyłam ją na klarnecie. Wtedy też płakałeś. Chociaż raz to były łzy dumy, na więcej się nie doczekałam. Chyba nie było okazji. Mimo wszystko Twój głos liczył się najbardziej, a teraz nie ma nawet jego. Ze wszystkiego zostało mi nic. Zupełnie jakby ktoś na jakiś czas dał dziecku wszystkie słodycze świata, a potem zabrał i zostawił same papierki. Papierki też są ważne, ale bez zawartości nie liczą się tak bardzo. Perspektywa stracenia papierków jest równie przerażająca, co rozstanie się ze środkiem - dlatego mam nadzieję, że chociaż one ze mną zostaną.
niedziela, 6 marca 2016
każdy ma swoje później
nie mam pojęcia, kiedy nadchodzi moje. po prostu jest i już. czasem `później` sprowadza się do czyjejś obecności, powierzchni, którą można wypełnić swoimi zmartwieniami lub miejsca, które rozciąga się od jednego ramienia do drugiego, może mieć metr, półtora - to akurat nieważne, ważne, żeby tam czuć się bezpiecznie. najzwyczajniej w świecie być u siebie. mówiąc później nie mam na myśli konkretnej godziny, chodzi mi o to, że będę, kiedy będę gotowa, kiedy poczuję się potrzebna, bądź chciana. jeśli ktoś Ci się zdarza szanuj to, szanuj, bo nigdy nie wiesz, kiedy może się skończyć i znajome miejsce nagle stanie się obce lub zajęte przez kogoś innego. dopiero wtedy zaczną się schody, bo tego nie da się już przywrócić, a wciąż nawracające wspomnienia potrafią zabić duszę. nie zawsze tak to wygląda, często takie retrospekcje są dobre, ale na dłuższą metę niezdrowe. bo co, jeśli znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie to miejsce zastąpić, wytworzyć nową bezpieczną strefę, gdzie można będzie uciec przed zmartwieniami? właśnie w takiej sytuacji wracanie do przeszłości staje się niebezpieczne, zaczynają się ciągłe porównywania tego/tej z tamtym/tamtą, a to boli. nie tylko tego kogoś, nas samych też, bo tak skrupulatnie zastawiona przez nasz mózg pułapka jest ciężka do pokonania, chociaż warta zachodu. trzeba budować nowe wspomnienia, nowe momenty, nad którymi można usiąść i popijając herbatę uśmiechać się do nich. miło jest czekać na coś nowego, ta niepewność, która zaczyna kiełkować w brzuchu po jakimś czasie wychodzi na zewnątrz w postaci uśmiechu i takich chwil, które chce się wyryć sobie na skórze, zostawić jakiś namacalny ślad, aby przypominał nam, że warto się starać. nawet, jeśli czasem w tym staraniu zapominamy o samych sobie.
moje później zaczyna się gdzieś między siedzeniem w domu w rzeczach, które mnie zjadają, a rozmowami i przytulaniem z przyjaciółmi. czasem chciałoby się to zmienić, ale nie wolno nic robić na siłę - jeśli coś ma przyjść to przyjdzie, wystarczy trochę cierpliwości, bo jej nigdy za wiele i wiary w to, że w środku jesteśmy piękniejsi niż na zewnątrz, że możemy się skryć w sobie, kiedy nadchodzi niebezpieczeństwo, że możemy na naszym ciele znaleźć jeszcze miejsca nieodkryte, nie zaorane bliznami, a nawet jeśli to byśmy nie dopuścili, by pod strupkiem została rana.
dobrze mieć miejsce, na którym ktoś może zostawić swój ślad, bo dotyk jest zdecydowanie najpiękniejszym ze wszystkich zmysłów. dobrze jest się z kimś kłócić, rzucać w siebie talerzami, móc się z kimś nie zgodzić, bo w tym wszystkim chodzi tylko o jedno - żeby za sobą szaleć.
wtorek, 1 marca 2016
02.02.2016
Pięć lat temu jechałam z Bratem samochodem leśną drogą niedaleko miejscowości, w której mieszkam. Wśród tych ciemności wydawało mi się, że nic nie może mnie spotkać. W pewnym momencie, bo oczywiście jadąc słuchaliśmy muzyki, radio przygłoszone na fulla aż zatrzęsło samochodem w piosence nieznanego mi zespołu, który zdecydowanie nie żałował sobie bębna. Jej, moja pierwsza myśl, zaraz po tym jak otrząsnęłam się z szoku, który wywołała u mnie ta piosenka - kurcze! muszę dowiedzieć się co to. Odpaliłam magiczną aplikację i ... tak! znalazłam!
the sun hasn't died, deep in my bones, straight from inside
Jakiś czas później natrafiłam na drugi utwór, jak zwykle błądziłam na jutubie i matko, po raz pierwszy poryczałam się z powodu teledysku... jest tam taki fragment, kiedy młoda dziewczyna siedzi w kościele trzymając zdjęcie swoich bliskich, którzy odeszli, w tle stoi trumna, nagle zbliżenie pada na twarz dziewczyny - widać spływające łzy. Ten urywek tak wbił mi się w pamięć, że od razu ściągnęłam ten utwór. Jest mega elektryzujący, chociaż zaczyna się bardzo spokojnie to refren daje taką siłę, że naprawdę, nie ważne jak bardzo jest źle, zawsze trzeba ruszyć tyłek, powiedzieć sobie, że może być gorzej i pchać to wszystko dalej, bo najgorzej jest się zatrzymać, a wtedy byłam właśnie na takim etapie. Muzyka... no cóż, zawsze była ze mną, Mama do tej pory powtarza mi, że zachciało mi się przyjść na świat w niewłaściwej godzinie, bo akurat wtedy bardzo pięknie grało radio. Mam teraz za swoje, bo tylko muzyka (i mój pies) może mnie uspokoić. Zaczęło się tak niewinnie, potem przez 8 lat była orkiestra i klarnet, teraz od 4 lat jest gitara. No i najważniejsze - słuchawki i to, co tam gra. Wracając do tej piosenki - to jeden z niewielu utworów, które potrafią przywrócić mnie do rzeczywistości. Jeśli można wybrać jakiegoś hiciora, którego zadedykuje się swojej rodzinie to dla mnie jest to właśnie ta. Wywołuje tyle uczuć, że aż ciężko je pomieścić, chce się na raz płakać, śmiać, ughhhhhhhhhhhh, nie potrafię tego opisać, po prostu to jest o mnie, bo moja sytuacja wtedy nie wyglądała dość ciekawie. DZIĘKUJE WAM ZA NIĄ.
when your dreams all fail and the ones we hail,
are the worst of all and the blood's run stale
I wanna hide the truth, I wanna shelter you
but with the beast inside there's nowhere we can hide
no matter what we breed we still are made of greed
this is my kingdom come
look into my eyes it's where my demons hide, don't get too close
Odkryłam ich, byli ze mną zawsze wtedy, kiedy ich potrzebowałam, chociaż oni sami nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Kiedy coś znaczy dla kogoś tak dużo chciałby jakoś temu komuś/czemuś podziękować za to, że po prostu jest.
[o shit. właśnie leci ta piosenka. :< przerwa techniczna]
Nadszedł i dla mnie taki moment. Nie sądziłam, że kwiecień okaże się dla mnie tak dobrym miesiącem :) Kiedy siedziałam zawalona książkami i namiętnie wsłuchiwałam się w wykłady matematyczne kolesia z Matemaxa, bo oczywiście wizja matury była równie przerażająca, co późniejsze oczekiwanie na wyniki, znowu zaczęłam błądzić. To był czas, kiedy można było spodziewać się trasy koncertowej, bo trzy miesiące wcześniej wydali nową płytę. Wszystko było ciekawsze niż nauka więc "chwilę" przerwy postanowiłam produktywnie wykorzystać siedząc na fejsie. Stało się. Zobaczyłam zdjęcie z rozpiską koncertów. Zaczęłam się powoli załamywać, bo nigdzie nie widziałam Polski. Do czasu... aż nie zeszłam niżej. BYŁA! BYŁA PRZEDOSTATNIĄ POZYCJĄ, ALE DLA MNIE BYŁA PIERWSZA!!
to nic, że koncert miał być w zimę
to nic, że koncert miał być dopiero za rok
to nic, że nie miałam pojęcia, skąd wezmę pieniądze na zakup biletu (chociaż już wtedy postanowiłam sobie, ze wykopię je choćby spod ziemi!)
to nic, że koncert miał być w Łodzi, czyli dobre prawie pół Polski ode mnie
Najważniejsze było dla mnie to, że w końcu nadarzyła się okazja, żeby ich zobaczyć. Z nadmiaru wrażeń po prostu się po płakałam - czy to nie paradoksalne, że coś, co zrobiło dla mnie tyle dobrego zawsze doprowadza mnie do płaczu? kurczę. to chyba tak jest, że jeśli coś znaczy dla kogoś całkiem sporo, a w moim przypadku prawie wszystko, to jest czyjąś słabością i byle co może naruszyć długo budowane fasady muru obronnego. Zanosiłam się płaczem i biegłam do Mamy, biedna, bardzo się wystraszyła, bo nie zdarza mi się to często. Ledwo miałam siłę, żeby wyszlochać jej to, czego właśnie się dowiedziałam... Oczywiście, jak to moja Mama - puknęła się w głowę i stwierdziła, że jestem chora na mózg :)
02.02.2016
W końcu, po wielu miłych i nie miłych perypetiach, nadszedł ten dzień. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, w sumie nawet trochę się bałam... Jechałam tam z całkiem obcymi osobami, ale w końcu najlepszych ludzi poznaje się na koncertach, tak było i tym razem :) Droga minęła szybko, dotarliśmy do Łodzi, która przywitała nas niezbyt uprzejmie, bo deszczem i czerwonymi światłami, które świecą się w nieskończoność. Kolejki do wejścia były przeogromne, w sumie nie ma się co dziwić - w końcu koncert. Przypięli nam różowiutkie opaski i zaczęli wpuszczać, razem z jedną dziewczyną zrobiłyśmy coś mega chamskiego, bo wrąbałyśmy się z końca na sam początek kolejki... wiem, jak ja zareagowałabym na takie zachowanie więc dziwię się, że nie wywalili nas na koniec końców końców, żebyśmy tam skisły. Wtedy nie liczyło się już w sumie nic, najważniejsze było to, aby być jak najbliżej sceny! I tak było :) Stałyśmy prawie przy samych barierkach. Przed nimi występował LemON, dobry polski zespół, chociaż nie nabrał jeszcze obycia ze sceną i publicznością. Dobrze dopasowali repertuar, bo zaczęli spokojnie, a skończyli mocnymi brzmieniami, co dobrze zapowiadało ICH.
we all are living in a dream, but life ain’t what it seems
oh everything’s a mess and all these sorrows I have seen
they lead me to believe that everything’s a mess
Im bliżej ich wyjścia na scenę, tym bardziej się bałam, że nie będą tak dobrzy jak mi się wydaje, że się rozczaruję, że to wszystko na nic. W końcu wyszli ...... i okazało się, że w rzeczywistości są milion razy lepsi niż na jakichkolwiek nagraniach, teledyskach, wywiadach, wszystkim. Są niesamowici, energia, która się dzielą ogarnęła całą Atlas Arenę. Ja zapomniałam jak się nazywam, zapomniałam, ile trudu musiałam włożyć w to, żeby w ogóle móc się tu znaleźć, ile czekania , ile nabożnych próśb o koncert złożyłam, zanim go ogłosili. Zapomniałam jak bardzo jestem w dupie w domu, jak wszystko się wali, jak ciężko będzie po wszystkim wrócić do miejsca, które powinno być domem, a kojarzy się tylko z bólem i ciężką pracą. Zapomniałam o wszystkim, co złe. Bo byli tylko oni, była muzyka. A jak jest muzyka to jest wszystko. Chłonęłam każde słowo, jakbym słyszała je po raz pierwszy, każdy akord, jakbym nigdy go nie czuła...Liczyło się tylko to, że byli, że zespół, który wyciągnął mnie z dna w końcu jest tylko dwa metry ode mnie.
but I wanna dream, I wanna dream, leave me to dream
To był jeden z najlepszych dni w moim życiu, a jest ich naprawdę niewiele, dzień, który na pewno zapamiętam do końca życia, bo właśnie wtedy zrozumiałam, że naprawdę, nieważne jak jest źle - dla takich chwil można żyć i warto na nie czekać, bo dają coś więcej niż tylko wspomnienia.
now don't you understand that I'm never changing who I am
Imagine Dragons - dziekuję Wam za wszystko!
the sun hasn't died, deep in my bones, straight from inside
Jakiś czas później natrafiłam na drugi utwór, jak zwykle błądziłam na jutubie i matko, po raz pierwszy poryczałam się z powodu teledysku... jest tam taki fragment, kiedy młoda dziewczyna siedzi w kościele trzymając zdjęcie swoich bliskich, którzy odeszli, w tle stoi trumna, nagle zbliżenie pada na twarz dziewczyny - widać spływające łzy. Ten urywek tak wbił mi się w pamięć, że od razu ściągnęłam ten utwór. Jest mega elektryzujący, chociaż zaczyna się bardzo spokojnie to refren daje taką siłę, że naprawdę, nie ważne jak bardzo jest źle, zawsze trzeba ruszyć tyłek, powiedzieć sobie, że może być gorzej i pchać to wszystko dalej, bo najgorzej jest się zatrzymać, a wtedy byłam właśnie na takim etapie. Muzyka... no cóż, zawsze była ze mną, Mama do tej pory powtarza mi, że zachciało mi się przyjść na świat w niewłaściwej godzinie, bo akurat wtedy bardzo pięknie grało radio. Mam teraz za swoje, bo tylko muzyka (i mój pies) może mnie uspokoić. Zaczęło się tak niewinnie, potem przez 8 lat była orkiestra i klarnet, teraz od 4 lat jest gitara. No i najważniejsze - słuchawki i to, co tam gra. Wracając do tej piosenki - to jeden z niewielu utworów, które potrafią przywrócić mnie do rzeczywistości. Jeśli można wybrać jakiegoś hiciora, którego zadedykuje się swojej rodzinie to dla mnie jest to właśnie ta. Wywołuje tyle uczuć, że aż ciężko je pomieścić, chce się na raz płakać, śmiać, ughhhhhhhhhhhh, nie potrafię tego opisać, po prostu to jest o mnie, bo moja sytuacja wtedy nie wyglądała dość ciekawie. DZIĘKUJE WAM ZA NIĄ.
when your dreams all fail and the ones we hail,
are the worst of all and the blood's run stale
I wanna hide the truth, I wanna shelter you
but with the beast inside there's nowhere we can hide
no matter what we breed we still are made of greed
this is my kingdom come
look into my eyes it's where my demons hide, don't get too close
Odkryłam ich, byli ze mną zawsze wtedy, kiedy ich potrzebowałam, chociaż oni sami nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Kiedy coś znaczy dla kogoś tak dużo chciałby jakoś temu komuś/czemuś podziękować za to, że po prostu jest.
[o shit. właśnie leci ta piosenka. :< przerwa techniczna]
Nadszedł i dla mnie taki moment. Nie sądziłam, że kwiecień okaże się dla mnie tak dobrym miesiącem :) Kiedy siedziałam zawalona książkami i namiętnie wsłuchiwałam się w wykłady matematyczne kolesia z Matemaxa, bo oczywiście wizja matury była równie przerażająca, co późniejsze oczekiwanie na wyniki, znowu zaczęłam błądzić. To był czas, kiedy można było spodziewać się trasy koncertowej, bo trzy miesiące wcześniej wydali nową płytę. Wszystko było ciekawsze niż nauka więc "chwilę" przerwy postanowiłam produktywnie wykorzystać siedząc na fejsie. Stało się. Zobaczyłam zdjęcie z rozpiską koncertów. Zaczęłam się powoli załamywać, bo nigdzie nie widziałam Polski. Do czasu... aż nie zeszłam niżej. BYŁA! BYŁA PRZEDOSTATNIĄ POZYCJĄ, ALE DLA MNIE BYŁA PIERWSZA!!
to nic, że koncert miał być w zimę
to nic, że koncert miał być dopiero za rok
to nic, że nie miałam pojęcia, skąd wezmę pieniądze na zakup biletu (chociaż już wtedy postanowiłam sobie, ze wykopię je choćby spod ziemi!)
to nic, że koncert miał być w Łodzi, czyli dobre prawie pół Polski ode mnie
Najważniejsze było dla mnie to, że w końcu nadarzyła się okazja, żeby ich zobaczyć. Z nadmiaru wrażeń po prostu się po płakałam - czy to nie paradoksalne, że coś, co zrobiło dla mnie tyle dobrego zawsze doprowadza mnie do płaczu? kurczę. to chyba tak jest, że jeśli coś znaczy dla kogoś całkiem sporo, a w moim przypadku prawie wszystko, to jest czyjąś słabością i byle co może naruszyć długo budowane fasady muru obronnego. Zanosiłam się płaczem i biegłam do Mamy, biedna, bardzo się wystraszyła, bo nie zdarza mi się to często. Ledwo miałam siłę, żeby wyszlochać jej to, czego właśnie się dowiedziałam... Oczywiście, jak to moja Mama - puknęła się w głowę i stwierdziła, że jestem chora na mózg :)
02.02.2016
W końcu, po wielu miłych i nie miłych perypetiach, nadszedł ten dzień. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, w sumie nawet trochę się bałam... Jechałam tam z całkiem obcymi osobami, ale w końcu najlepszych ludzi poznaje się na koncertach, tak było i tym razem :) Droga minęła szybko, dotarliśmy do Łodzi, która przywitała nas niezbyt uprzejmie, bo deszczem i czerwonymi światłami, które świecą się w nieskończoność. Kolejki do wejścia były przeogromne, w sumie nie ma się co dziwić - w końcu koncert. Przypięli nam różowiutkie opaski i zaczęli wpuszczać, razem z jedną dziewczyną zrobiłyśmy coś mega chamskiego, bo wrąbałyśmy się z końca na sam początek kolejki... wiem, jak ja zareagowałabym na takie zachowanie więc dziwię się, że nie wywalili nas na koniec końców końców, żebyśmy tam skisły. Wtedy nie liczyło się już w sumie nic, najważniejsze było to, aby być jak najbliżej sceny! I tak było :) Stałyśmy prawie przy samych barierkach. Przed nimi występował LemON, dobry polski zespół, chociaż nie nabrał jeszcze obycia ze sceną i publicznością. Dobrze dopasowali repertuar, bo zaczęli spokojnie, a skończyli mocnymi brzmieniami, co dobrze zapowiadało ICH.
we all are living in a dream, but life ain’t what it seems
oh everything’s a mess and all these sorrows I have seen
they lead me to believe that everything’s a mess
Im bliżej ich wyjścia na scenę, tym bardziej się bałam, że nie będą tak dobrzy jak mi się wydaje, że się rozczaruję, że to wszystko na nic. W końcu wyszli ...... i okazało się, że w rzeczywistości są milion razy lepsi niż na jakichkolwiek nagraniach, teledyskach, wywiadach, wszystkim. Są niesamowici, energia, która się dzielą ogarnęła całą Atlas Arenę. Ja zapomniałam jak się nazywam, zapomniałam, ile trudu musiałam włożyć w to, żeby w ogóle móc się tu znaleźć, ile czekania , ile nabożnych próśb o koncert złożyłam, zanim go ogłosili. Zapomniałam jak bardzo jestem w dupie w domu, jak wszystko się wali, jak ciężko będzie po wszystkim wrócić do miejsca, które powinno być domem, a kojarzy się tylko z bólem i ciężką pracą. Zapomniałam o wszystkim, co złe. Bo byli tylko oni, była muzyka. A jak jest muzyka to jest wszystko. Chłonęłam każde słowo, jakbym słyszała je po raz pierwszy, każdy akord, jakbym nigdy go nie czuła...Liczyło się tylko to, że byli, że zespół, który wyciągnął mnie z dna w końcu jest tylko dwa metry ode mnie.
but I wanna dream, I wanna dream, leave me to dream
To był jeden z najlepszych dni w moim życiu, a jest ich naprawdę niewiele, dzień, który na pewno zapamiętam do końca życia, bo właśnie wtedy zrozumiałam, że naprawdę, nieważne jak jest źle - dla takich chwil można żyć i warto na nie czekać, bo dają coś więcej niż tylko wspomnienia.
now don't you understand that I'm never changing who I am
Imagine Dragons - dziekuję Wam za wszystko!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
