no tak. i kolejny raz się zagubiłam. chociaż może nie do końca, bo doskonale wiem, czego chcę. czasem tylko jak drepczę sobie ulicą jest mi trochę smutno. ja już sama nie wiem, dlaczego ludzie tak bardzo lubią utrudniać sobie życie - zamiast podejść, wyjaśnić, wykrzyczeć, porozumiewawczo spojrzeć. phi! a podobno to ja jestem mistrzem w komplikowaniu spraw!
połknęłam dzisiaj książkę.
mam tyle rzeczy do przemyślenia, że zaraz napuszczę wody do wanny, żeby to w niej utopić. bo jak się człowiek wymoczy to i mu tak lżej jakoś, milej na tym wymęczonym organie wyniośle nazywanym sercem.
doszłam też do wniosku, że jesienią liście są najcudowniejsze, chociaż widok rzedziutkiego śniegu pobił je w jednej chwili! to nic, że widziałam go tylko przez sekundę - świadomość, że niedługo stanie się codziennością jakoś paradoksalnie uspokaja.
bo będzie pięknie, będzie biało i będzie niesamowicie i tak bardzo po mojemu, bo surowo i poskładanie, chociaż jak się wejdzie do mojego pokoju to strach postawić stopę, a nóż-widelec znajdzie się jakieś przezroczyste i nienawistne lego, które tylko czeka na mały palec.
tymczasem, jak wspominałam - idę powytrząchać natłok moich wewnętrznych niepewności :)
wspaniałej nocy!