jeszcze nigdy nie czułam się tak beznadziejnie. gdyby coś mnie bolało przynajmniej miałabym wytłumaczenie... obojętność na otaczający mnie świat coraz bardziej wzrasta, nie zależy mi na niczym, więc dlaczego po obejrzeniu głupiego filmu moje poharatane serce chce wyskoczyć mi z klatki piersiowej? dlaczego wyobrażenie czegoś, co nie istnieje tak bardzo boli? dlaczego tęsknie za czymś, co nigdy nie miało miejsca? dlaczego brakuje mi kogoś, kto chociaż trochę zrozumiałby o co mi chodzi? dl...
wystarczy tego dlaczego, niedługo znienawidzę ten wyraz. nie jestem dekadentką, nie jestem samobójcą ani zbuntowanym nastolatkiem, który nie wie, co zrobić ze swoim życiem, więc, stop (nie wiem, co zrobić ze swoim życiem), więc dlaczego czuję się taka wyalienowana? może po prostu za dużo rzeczy dzieje się w mojej głowie, a gdy jest ich zbyt dużo powodują nacisk na, mój i tak malutki, mózg?
mam przyjaciół, rodzinę, mam co kochać, a mimo wszystko czegoś mi strasznie brakuje. uwielbiam się śmiać, śpiewać ulubione piosenki, chociaż mój głos brzmi gorzej niż aluminiowa puszka przyciskana do asfaltu tak mocno, że aż się zdziera, uwielbiam pomagać innym.
mimo wszystko przychodzą takie chwile, kiedy nie rejestruję świata wokół siebie, kiedy szara, mocno ubita droga jest ciekawsza niż wszystko, ciekawsza niż ludzie - mogę bezmyślnie wpatrywać się w nią godzinami, tylko patrzeć i czekać aż ktoś mnie szturchnie albo potrąci, bylebym tylko wróciła do świata żywych. kiedyś mój kolega powiedział mi, że żebym kogoś zauważyła to ta osoba musi przede mną stanąć albo we mnie wejść. wtedy go wyśmiałam. teraz widzę, że miał rację. idę ulicą ze słuchawkami w uszach i cały czas patrzę w dół, głowę podnoszę tylko wtedy, kiedy dociera do mnie, że jestem przed przejściem dla pieszych albo, co gorsza, na.
oglądałam dzisiaj film. pominę to, że był piękny, a spróbuję chociaż tutaj określić swoje uczucia. odkąd pamiętam bardzo ważna jest dla mnie muzyka, kiedy leciały napisy końcowe położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy - czułam, jakbym zamiast serca miała w klatce piersiowej stukilogramowe zwierzę, któremu brakuje powietrza i próbuje znaleźć ucieczkę, a razem z nią niezbędny tlen. bolało tak strasznie, że w pewnym momencie nie mogłam oddychać... nie mogę do tej pory. mam wrażenie, że coś mnie ściska i nie chce puścić, ale nie chce też zrobić mi krzywdy. wiem, że wyobraźnia też robi swoje, u mnie sieje spustoszenie, ale w tym wypadku chyba nie chodzi o nią - chodzi o kogoś kto był zawsze, o kogoś kto miał gdzieś to jak wyglądam, jak się czuję, o kogoś kto zawsze potrafił mnie rozśmieszyć, kogoś kto mnie rozumiał i akceptował z cały popieprzeniem i zamętem, jaki powoduje u siebie i innych, kogoś, kto był zawsze, a kogo już nie ma. chyba o to tutaj chodzi, przynajmniej po części.
ból jest bólem, był i na zawsze zostanie, ale nie potrafię pojąć jak stał się takim sprytnym mechanizmem, że wie kiedy zaatakować, by bylało najmocniej. jedyne, co przychodzi mi do głowy to lata praktyki... ludzie są tak strasznie płytcy, w porównaniu do niego - człowieka satysfakcjonują pieniądze, status społeczny, rodzina, uczucia, druga osoba, seks i dziwne systemy wartości, ból natomiast jest bezinteresowny, on wręcz troszczy się o swoja ofiarę, zastrasza ją, po czym pozwala uciec, żeby od czasu do czasu przypomnieć o swojej obecności, o tym, że cały czas nam towarzyszy i wybiera na to momenty, kiedy jesteśmy na nie najmniej przygotowani...
chyba mniej więcej to chciałam przekazać, w pewnym stopniu na pewno mi się udało, bo jest mi trochę lżej więc moge odejść do swojego szaleństwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz